W naszym kraju od jakiegoś czasu sprawuje rządy drużyna „dobrej zmiany”, jak samochwalczo nazwał się PiS i jego przystawki. Nie wdając się w rozważania nad jakością tych rządów, można stwierdzić, że w zakresie utrzymywania się na wysokiej fali poparcia społecznego, jak na razie, radzi sobie znakomicie, zwłaszcza, że kawiorowa opozycja wykazuje się całkowitą bezradnością. Komfortowa sytuacja obozu rządowego, który posiada nie tylko większość w Sejmie i Senacie, ale również własnego prezydenta, pozwala na swobodne kreowanie polityki wewnętrznej. Kierującemu z tylnego siedzenia Jarosławowi Kaczyńskiemu potrzeba do szczęścia jedynie zhołdowania Trybunału Konstytucyjnego. Chociaż wyraźnie widać, że zamieszanie wokół tej instytucji, to niewiele więcej poza szukaniem alibi na wypadek, gdyby rządzący nie poradzili sobie z wyzwaniami, jakie przed nimi stoją. Można przecież zrzucić winę za własne porażki na hamulcowych z TK i mieć nadzieję, że „ciemny lud” to kupi, a trendy sondażowe nie ulegną zmianie. Sytuacja, w której jedna partia, bo środowiska Gowina i Ziobry, to tylko zbieranina dawnych uciekinierów bądź wyrzutków z PiS-u, posiada całkowitą władzę, jest w III Rzeczypospolitej ewenementem. Stwarza ogromną szansę, ale też wielkie zobowiązanie, bowiem jeśli nowa władza nie poradzi sobie z rządzeniem, to nie będzie miała na kogo zrzucić odpowiedzialności, bo jakoś nie widzę możliwości obciążenia winą żenująco nieporadnej opozycji. Można więc stwierdzić, że „psy szczekają, karawana idzie dalej” i jedynie od poganiaczy zależy, czy dojedzie do sobie tylko znanego celu.

Często słyszę, że „polska scena polityczna jest głęboko podzielona na dwa wrogie, niepotrafiące ze sobą rozmawiać, dążące do absolutnej konfrontacji plemiona”. Może to i racja, że u polityków na próżno szukać chęci do zgodnej współpracy na rzecz wspólnego dobra. Jest za to wiele nienawiści i partyjnego zacietrzewienia. Już dawno nikt rozsądny nie pyta: dlaczego ważne stanowiska państwowe obsadza się „swoimi”, bez względu na ich wartość, zamiast kompetentnymi ludźmi? „Klasa” polityczna, tak bardzo się zdemoralizowała, że wodzą w niej rej cwaniacy i karierowicze o mentalności legendarnego Nikodema Dyzmy, a państwo traktowane jest przez nich jak prywatny folwark. Liczy się tylko partyjna etykieta, a poza tym, jak mawiał Stanisław Anioł z serialu Alternatywy 4: „nieważne, co kto myśli, ważne pod kogo jest podwieszony”. W obu kreacjach aktorskich, w które doskonale wcielił się Roman Wilhelmi, jak w soczewce skupia się cała polska rzeczywistość polityczna. Pełna chamstwa, zachłanności, głupoty, karierowiczostwa oraz braku odpowiedzialności za losy kraju i znieczulicy na potrzeby społeczeństwa. Przeciętny polityk zaprzedałby duszę diabłu, aby móc brylować na politycznych salonach i żyć w luksusie na koszt podatników. II RP miała swojego Dyzmę wspaniale odmalowanego przez Tadeusza Dołęgę-Mostowicza, absurdy życia w PRL-u wyśmiewał w komediach Stanisław Bareja, natomiast III RP nie doczekała się jeszcze godnego ich naśladowcy, który mógłby w równie udany sposób przedstawić naszą rzeczywistość. A szkoda, bo byłoby o czym pisać i kręcić filmy…

Rozczarowanie i gniew ludu zmiotły ze sceny upadłą koalicję PO-PSL. I słusznie, ponieważ Polska mogłaby nie przetrwać recydywy jej rządów. Wyniosły też do władzy PiS, który doskonale wyczuł nastroje społeczne i wykorzystał nadarzającą się okazję. Prominenci z obu zdeklasowanych partii nie wyzbyli się jednak pychy. Widocznie niewiele się nauczyli z dotychczasowych porażek, bo bez przerwy straszą PiS-em i kontestują wynik ostatnich wyborów, jakby chcieli podważyć ich prawomocność. Dziwna to postawa, bowiem w okresie wyborczego plebiscytu sprawowali rządy i mogli „dopilnować” poprawności jego przebiegu, do którego nikt, poza nimi, nie zgłasza zastrzeżeń. Dlaczego nie protestowali, gdy poprzednia ekipa z PKW robiła przewały, które zapewniły im „zwycięstwo” w wyborach samorządowych?

Groteskowo wyglądają zbolałe miny platformiarzy i „ludowców”, których odsunięto od rządowego koryta, a w dodatku wieloma z nich zaczęła się interesować prokuratura. W Polsce od lat rządzi dyktatura większości parlamentarnej, było więc dość czasu, aby do tego przywyknąć. Opozycja jednak, zasilana przez nowe byty polityczne: (nie)Nowoczesną i KOD, nie ustaje w wysiłkach by zdyskredytować rządzących. Szczują na Polskę brukselskich technokratów, snują się po obcych „dworach” i ambasadach, starając się stworzyć antypolską koalicję, która ponownie wyniesie ich do władzy, niczym caryca Katarzyna targowiczan. Wynosząc na forum międzynarodowe nasze sprawy wewnętrzne szkodzą Państwu Polskiemu, ale widocznie mało to ich obchodzi, bo najważniejszy jest dla nich partykularny interes własnej sitwy. W klimat permanentnej obstrukcji wpisują się też nawoływania byłych (p)rezydentów i premierów, którzy, pisząc listy otwarte, zużywają resztki swojego wątpliwego autorytetu do wspierania macherów z KOD-u. Opozycja parlamentarna wyje ze wściekłości poddawana nieustannej tresurze przez towarzyszy z PiS-u, którzy z upodobaniem forsują swoje pomysły w nocnych głosowaniach i za nic mają operetkowe próby odwoływania z urzędów pisowskich prominentów. Arytmetyka parlamentarna jest bowiem bezlitosna i poza biciem piany nic więcej nie da się zrobić, aby obalić rząd, któremu mogłaby zaszkodzić wyłącznie destrukcja większości sejmowej albo nagły bunt „ciemnego ludu”. Lecz na to się nie zanosi. Kaczyński to wytrawny gracz i doskonale potrafi rozdzielać polityczne frukta, obłaskawiając swoich pomagierów. Lud zaś kupuje szczodrze rozdzielanym socjalem i retoryką bogoojczyźnianą. Na nic więc nie zdadzą się marsze szKODników, ponieważ Polacy nie dali się nabrać na rzekome zagrożenie dla demokracji, która, co można zaobserwować na co dzień, ma się dość dobrze. Zresztą główni animatorzy tych plenerowych występów, gdzie aż się roi od celebrytów i politycznych bankrutów, stracili rozmach. Mateusz Kijowski zapowiedział nawet, że członkowie zarządu KOD-u mają otrzymywać comiesięczne pensje, bo ich „praca” powinna być według niego odpowiednio wynagradzana. Ciekawe tylko, kto ich będzie sponsorował?

Pomimo powszechnie głoszonych tez, że za „rokoszem” uprzywilejowanych do niedawna „elit” stoją potężne siły, nie widać jakiegoś wspólnego dla nich ośrodka koordynacyjnego. Rywalizacja o względy tego samego elektoratu, zadawnione urazy i nowe antagonizmy motywują PO, (nie)Nowoczesną, PSL, SLD, KOD i resztę politycznych kuglarzy do ciągłych kłótni i wzajemnego podgryzania się. Nie widać po tej stronie sceny politycznej woli do współpracy, chociaż paradoksalnie wiele ich łączy, przede wszystkim nienawiść do PiS-u i tęsknota za państwowym korytem. W dodatku każda z tych formacji przeżywa własne kłopoty. Dla większości Polaków są kompletnie niewiarygodni i nie mają im nic do zaoferowania. Pomimo szumnych zapowiedzi, że na jesiennych konwencjach partyjnych PO i (nie)Nowoczesna zaprezentują „nowe” programy, nie wierzę, aby byli w stanie wyjść poza cechującą ich ciasnotę umysłową i zaproponować coś interesującego, a nie tylko stare, „odgrzewane kotlety”, które mogą być równie niestrawne dla elektoratu, jak przegrani politycy. Widać zresztą, że dla Schetyny problemy wizerunkowe i bezprogramowość PO są mniej istotne od wendety, motywującej go do wycinania wszystkich konkurentów, którzy mogliby zagrozić jego pozycji w partii. W takiej sytuacji PiS „nie ma z kim przegrać”, bo opozycja prezentuje żenujący poziom i stać ją tylko na uprawianie politycznego samogwałtu.

Share Button
Felietony